Drugi tom oferuje wszytko czego oczekuje się po dobrym romantasy, choć nie obeszło się bez lekkich potknięć.
„Po tym, jak Feyra ocaliła Prythian, mogłoby się wydawać, że baśń dobiega końca. Dziewczyna, bezpieczna i otoczona luksusem, przygotowuje się do poślubienia ukochanego Tamlina. Przed nią długie i szczęśliwe życie. Sęk w tym, że Feyra nigdy nie chciała być księżniczką z bajki. Zresztą zupełnie nie nadaje się do tej roli. W snach wciąż powracają do niej wymyślne tortury Amaranthy i zbrodnia, którą popełniła, by się od nich uwolnić. Pragnący zapewnić jej bezpieczeństwo Tamlin próbuje zamknąć Feyrę w złotej klatce. W jej nowym nieśmiertelnym ciele drzemią moce, których dziewczyna nie umie opanować. W dodatku o spłatę swojego długu upomina się największy wróg Tamlina – Rhysand, Książę Dworu Nocy.”
Zaczynamy od Feyry dręczonej koszmarami oraz Tamlina mającego paranoję dotyczącą jej bezpieczeństwa. Oboje przeżywają traumę po wydarzeniach pod Górą, co jest zrozumiałe, tylko kiepsko napisane. Autorka nieumiejętnie stworzyła konflikt (problem) pomiędzy tą dwójką – na siłę udupiając Tamlina – choć oboje mają problem z rozmową i zrozumiem drugiej strony. Rozumiem zamysł, ale brakuje tu podbudowy i podkreślenia emocji, które wpłyną na podejmowane później decyzje. Kolejną rzeczą jest kiepskie „łatanie dziur fabularnych” pobocznych postaci (NPCów). Generalnie autorka wykłada się na tworzeniu świata, choć ponownie przyznaję – koncept baśniowego świata jest świetny. Gdy udajemy się do Dworu Nocy, opis pałacu przypomina mi „Baśnie tysiąca i jednej nocy”. Generalnie koncept Dworów i ich zróżnicowanie jest dobrze podkreślony w tej części. Przyjemnie czytało się o wyprawie do Dworu Lata a sam Tarquin jest moim ulubionym księciem (i kibicuję Varianowi). Wizyta na tym Dworze jest też jednym z niewielu przebłysków rozumu Feyry i ludzkiego poczucia winy. Poza tymi momentami Feyra staje się ‘tragiczną’ bohaterką. Traci ten pragmatyzm z pierwszego tomu i powoli robi się z niej wybrańca. Zdecydowanie najlepszymi fragmentami książki są sceny poświęcone pobocznym postaciom. Istoty takie jak Amrena, Suriel czy Rzeźbiący w Kościach, owiane lekką tajemnicą (i grozą) są ciekawe – aż chciałoby się poznać ich więcej. Podobnie jest w przypadku „wewnętrznego kręgu Rhysanda”, który wprowadza pozytywną atmosferę i humor, którego tak brakowało mi w pierwszej części serii. W kwestii zakończenia tego tomu mam mieszane uczucia. Król Hybernii jako villian jest średni – zdecydowanie lepszy od Amaranthy, ale wciąż uważam siostry za najgorsze postacie i smutno mi, że Kocioł nie podzielał mojej chęci mordu.
„Dwór mgieł i furii” jest zdecydowanie bardziej dynamiczny i zróżnicowany. Momentami przegadany, ale potrafi wciągnąć i rozbawić. Chyba mogę go uznać za mój ulubiony tom tej serii.
Ocena: 7/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie ślad :)